niedziela, 15 września 2013

Tym razem latem ...

Cały czas mamy wrażenie, że podróżujemy zbyt rzadko. Niestety, ograniczeni jesteśmy życiem rodzinnym i zawodowym, ale... to kolejna wymówka. Zawsze jest jakaś przeszkoda, aby się zorganizować. Dlatego, tym razem, decyzję o wyjściu podjęliśmy nagle, w sobotnie popołudnie. Przygotowaliśmy się na tyle, na ile byliśmy w stanie - szybkie zakupy, wybór ciuchów i szybki sen. Musieliśmy wyjść z domu około godziny 05.00 w niedzielę, aby zdążyć na dworzec w Koszalinie. Stamtąd, busem, pojechaliśmy do Mielna. 

Jest 18 sierpnia 2013 roku. Nasza trasa, jak zwykle, miała prowadzić nas "w stronę słońca". Zaczęliśmy w Mielnie, zaś punkt końcowy miał być oddalony tak daleko, jak tylko udałoby nam się dojść.

Mielno
W Mielnie byliśmy przed godziną 06.00. Było pogodnie, chociaż chłodno, ale - w końcu - to prawie schyłek lata. Wysiedliśmy z busa przy głównej ulicy, w centralnej części miejscowości. Objuczeni plecakami, ruszyliśmy w kierunku promenady. Nasze plecaki miały masy zbliżone do zakładanych podczas marszu - celowo, abyśmy mogli sprawdzić swoje siły. 

Przejście przez Mielno o tej porze, dla Marty, było egzotycznym przeżyciem. Hordy pijanych, czy w inny sposób odurzonych, nastolatków, tony śmieci, setki stłuczonych butelek i wszechobecny ferment. Ja miałem okazję podziwiać ten widok wielokrotnie, wiedziałem czego się spodziewać, toteż miałem nadzieję jak najszybciej opuścić tę lokalizację i stanąć na piasku. Tam - daleko od opisywanego obrazka - czuliśmy się bezpieczniej. Cóż, Mielno raczej nigdy nie będzie zasługiwać na miano kurortu, a przynajmniej nie w okresie Wakacji. Niemniej, miejscowość ta, pewnie znajduje setki amatorów, wszak to kwestia gustu - niestety, nie naszego...

Marsz rozpoczęliśmy o godzinie 06.10. Wcześniej zmodyfikowałem trochę swoje odzienie - spodnie długie zastąpiłem krótkimi, adidasy zamieniłem na sandały. Spodziewałem się, że z każdą minutą będzie coraz cieplej. Marta zostawiła sobie odzieżowe przegrupowanie na później. Po upływie połowy godziny, doszliśmy do Unieścia.

Unieście nie jest oddzielone wyraźnie od Mielna, optycznie stanowi jego kontynuację. Jedynie pękate cielska kutrów wylegujące się na plaży świadczyły, że weszliśmy na teren kolejnej miejscowości.

Unieście

Ja również mam fotkę na tle błękitnej łodzi. Skoro mowa o kolorach, warto zwrócić uwagę na mahoniowy odcień moich nóg ;)

Mahoń ;)

Po opuszczeniu Unieścia czekała nas wędrówka przez obszar mało zaludniony. Mimo słonecznej - choć nie upalnej - pogody, człowieka widywaliśmy rzadko. Przeważnie mijał nas ktoś z pieskiem, jakiś biegacz, czy "narciarz" z samymi kijkami. Rozkoszując się błogim spokojem, niezmąconym turystycznym tłumem ...

Nadmorskie pustkowie

Dotarliśmy do przekopu łączącego Bałtyk z Jeziorem Jamno. Na szczęście - pomimo prowadzonych prac budowlanych - bez problemu przeszliśmy na drugą stronę szerokim pasem piachu. W tym miejscu postanowiliśmy zrobić krótką przerwę - na pamiątkową fotkę i poprawienie ekwipunku. Ruszamy dalej.

Przekop - odpoczynek

Plaża w tym miejscu usypana jest gęsto drobnymi kamieniami. Pozwoliło mi to w praktyce zweryfikować przydatność poruszania się w sandałach. Boso nie da rady przejść w ogóle, chyba, że jest się miłośnikiem orientalnego masażu stóp. W sandałach było niefajnie - co kilka kroków, pomiędzy stopę, a wewnętrzną część obuwia, dostawał się kamyk, albo dwa lub piętnaście ;) Wymuszało to postój, zdejmowanie i ponowne zakładanie butów, co znacznie opóźniało marsz, wybijając mnie z rytmu i znacząco obniżając morale. Nie wiem dlaczego nie założyłem adidasów, niemniej - w sandałach na pokonanie polskiego wybrzeża, nie porwę się na pewno ...

Skoro minęliśmy przekop, niedaleko powinny być Łazy. Kojarzyłem, że przy jednym z zejść na plażę jest wieża widokowa. Było widać z daleka jakiś obiekt górujący nad otoczeniem. Później okazało się, że nie jest tym, czego oczekiwaliśmy. Podobnie, jak podczas zimowej wycieczki, radar spłatał nam figla, wywołując na naszych twarzach szczere uśmiechy szczęścia ;) 

Radar

W założeniach naszej wędrówki, o godzinie 09.00 mieliśmy zorganizować przerwę - taką z prawdziwego zdarzenia - trwającą przynajmniej 20 minut. Bardzo chcieliśmy, aby odbyło się to w Łazach, jednak tempo marszu zweryfikowało nasze plany. Zabrakło nam jakieś 500 metrów, ale plan to plan...

Przerwa

Na zdjęciu powyżej jestem sam... Marta biegała po wodzie i cieszyła się jak dziecko, później położyła się na piasku, później znowu cieszyła się jak dziecko. W nogach mieliśmy już kilka ładnych kilometrów, na plecach kilka ładnych kilogramów, więc taki postój - poza tym, że jest niezbędny - sprawia wiele radości. Przypomniał mi się w tym miejscu jedyny sandałowy pozytyw - w każdej chwili można wejść do wody...

Nóg moczenie

Po chwilach przepełnionych relaksem, ruszamy dalej. Łazy niedaleko, więc nie zatrzymujemy się ani na chwilę. Szkoda, bo nie mamy stamtąd żadnej fotki. Warto było chociaż sfotografować nowe, rozbudowane zejście na plażę. Zupełnie nowe schody i serpentyna pochylni umożliwiająca bezproblemowy transport wózków - nie tylko tych dziecięcych. Nie wiem, kiedy "to to" zostało zbudowane, ale robi wrażenie. Normalnie "ameryka". Tak powinno być wszędzie!

Zmęczenie coraz bardziej dawało się nam we znaki. Coraz większy żar zaczął lać się z nieba, toteż częściej musieliśmy odpoczywać i uzupełniać płyny. Pierwszy z takich postojów zorganizowaliśmy gdzieś pomiędzy Łazami, a Dąbkowicami.

Postój

Pojawiły się pierwsze otarcia na martusiowych stopach. Mimo to, postanowiła iść dalej. Około godziny 11.00 minęliśmy Dąbkowice, gdzie wyraźnie wyczuwalna była wypoczynkowa atmosfera. Tłoku nie było, jednak kocyki i leżaczki przykrywały już znaczną część plaży.

Po przejściu ucywilizowanego odcinka plaży, dotarliśmy do przekopu - tego samego, który mieliśmy okazję mijać podczas zimowej wyprawy. 

Przekop

Około godziny 13.30 doszliśmy do przystani rybackiej w Dąbkach. Byliśmy już mocno zmęczeni - przede wszystkim upałem. Na naszej trasie pojawiła się kolejna przeszkoda - wszechobecny, trudny do ominięcia tłum. 

Przystań rybacka w Dąbkach

Od tego punktu nie przeszliśmy już zbyt wiele - może jakieś 1000 metrów. W miejscu tym piasek był tak grząski, że czuliśmy, iż stoimy w miejscu. "Przychylność" odpoczywających nad wodą wczasowiczów, w niektórych przypadkach, była nawet gorsza, niż zmęczenie i sypkie podłoże. Aż dziw bierze, jak można rozłożyć kocyk nad samą wodą i obsadzić naokoło ferajnę, nie pozwalając innym na przejście...

Lasem do motoryzacji

W końcu podjęliśmy decyzję o zakończeniu marszu. Ostatnim zejściem z plaży weszliśmy do lasu, skąd doszliśmy do przystanku autobusowego. Busem pojechaliśmy do Darłowa, gdzie czekała na nas córeczka i chwile zasłużonego odpoczynku.

Marsz zaczęliśmy w Mielnie o godzinie 06.10, zakończyliśmy w Dąbkach o godzinie 13.50. Przeszliśmy łącznie niespełna 24 km przy średniej prędkości marszu - 3,2 km/h. Wzbogaceni o nowe doświadczenia, jesteśmy gotowi na kolejne wyzwania.


1 komentarz: