czwartek, 12 września 2013

Pierwszy raz ...

W dniu 16 marca 2013 roku, a więc niedługo po naszym pierwszym w życiu, wspólnym nadmorskim wypadzie, postanowiliśmy sprawdzić, czy damy radę poradzić sobie z poważniejszym dystansem.

Wystartowaliśmy w Łazach, nieco po godzinie 08.00. Dzień był mroźny, ale bardzo pogodny. W drodze okazało się, że odzialiśmy się trochę zbyt ciepło, ale "lepiej nosić niż się prosić". Miałem ze sobą plecak, więc nadmiar ciuchów można było wrzucić do jego wnętrza, ewentualnie przytroczyć.

Łazy - początek
Podróż przebiegała początkowo bez najmniejszych problemów. Piasek był zmrożony, a co za tym idzie, stopy nie grzęzły w sypkim piasku. Wymarzone warunki. Tylko my i szum morskich fal... W zasadzie już na samym początku trasy, plaża ustrojona była lodowymi łachami, które nieco utrudniały marsz, a na pewno zmuszały do wzmożonej ostrożności. Pośliznąłem się ze dwa razy, było trochę śmiechu...

Trochę śmiechu ...
W pewnym momencie przestało być śmiesznie. Marta przegrała walkę z grawitacją i postanowiła uklęknąć. Zrobiła to na tyle gwałtownie, że początkowo - pewnie będąc jeszcze w szoku - postanowiła nie wstawać. Pierwszy kilometr, a ona klęczy i nie chce iść dalej ;) W końcu jednak podniosła się i wróciliśmy w trasę. Później okazało się, że kontuzja ta będzie towarzyszyła jej dłużej - pozostały siniaki i ból przez kolejne (jeśli dobrze pamiętam) dwa tygodnie.

Idziemy
Zimową porą ciężko jest spotkać kogokolwiek na plaży, szczególnie poza obszarem nadmorskich miejscowości. Nie dotyczy to ludzi morza, którzy pracować muszą o każdej porze roku. 

Ludzie morza
Po kilku kilometrach samotnej wędrówki, widok kutra (a raczej łodzi) rybackiego, spowodował, że na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy.

Uśmiechy :)
Łódka rybacka kołysząca się spokojnie na delikatnie pomarszczonej  tafli wody, jednoznacznie wskazywała, że zbliżamy się do terenów cywilizowanych. Na pewno było nam bliżej do terenów zurbanizowanych.

Fragment "przekopu"
Dotarliśmy w końcu do "przekopu" - kanału łączącego zwykle wody Bałtyku z Jeziorem Bukowo. 
Fragment "przekopu"
Często można natknąć się na taki widok. Gdy mieszkałem jeszcze w Darłowie i zapuszczałem się plażą trochę dalej, na przykład w kierunku Jeziora Kopań, "przekop" zwykle był zasypany. Nie wiem, czy jest to wynikiem niewłaściwie prowadzonej konserwacji, czy - po prostu - fale morskie tak szybko nanoszą kolejne warstwy piasku, że nie sposób tego uniknąć. Ważne, że tego dnia przeszliśmy na drugą stronę o suchej stopie. Jeżeli tylko woda nie będzie zbyt głęboka, latem, przejście na drugi brzeg jej tonią będzie jednak czystą przyjemnością.

Przekop
Do tej pory maszerowaliśmy bez przerwy. Korzystając z okazji, postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę i posilić się nieco. W trasie byliśmy od niespełna dwóch godzin...

Posiłek
W końcu dotarliśmy do bardziej urozmaiconego terenu. Nasz dotychczasowy trud nagrodził widok nadmorskiej przystani rybackiej. Całkiem malowniczy...

Malowniczy widok
Przeczytaliśmy ostrzeżenie, nawet sfotografowaliśmy, wokół chodziło kilka osób i nikt nas nie wygonił. Nie wiem... Może przejście, to nie to samo, co przebywanie? ;)

Ostrzeżenie
Pozostało nam tylko cyknąć kilka fotek na pocztówkę z wakacji... ferii... i ruszyliśmy na szlak.

Pocztówka
Najbardziej zdradliwym, na całej trasie, punktem orientacyjnym był ten, oto, radar. Z doświadczenia wiedziałem, że jest on niedaleko Darłówka, wydawało się, że jest tuż tuż. Niemniej, czym dłużej szliśmy w jego kierunku, tym dalej do niego mieliśmy. Taki optyczny paradoks. Jak Księżyc, do którego próbujemy dojść nocą...

Radar
W międzyczasie doszliśmy do kolejnej przeszkody terenowej. "Leniwka" - kolejny ciek wodny przecinający plażę. Miałem nadzieję, że uda nam się przejść bez żadnego problemu, jednak - o dziwo - rzeczka nie była zasypana. Trzeba było podjąć decyzję - ryzykować kąpiel w lodowatej wodzie przy ujemnej temperaturze otoczenia, czy wejść do lasu i poszukać kładki, która gdzieś tam - podobno - jest. Kierując się zdrowym rozsądkiem zarządziłem, że obejdziemy rzeczkę, jednak Marta się nie zgodziła. Postanowiła, że - jako hardcore'owcy - przeskoczymy strumień. Miałem mieszane uczucia. Nie wiedziałem czy szczycić się zdrowym rozsądkiem (którego i tak nie zdołałem przeforsować), czy wstydzić się, że nie skoczyłem jako pierwszy. Przyjmijmy, że ubezpieczałem "tyły". Udało nam się przedostać na drugi brzeg bez strat i obrażeń ;)

Leniwka
Znowu radar... wcale bliżej niż poprzednio...

Radar
Skorzystałem tutaj z możliwości obiektywu aparatu, jednak gołym okiem też był widać już wejście do portu w Darłówku. Wstąpiły w nas nowe siły. Czuliśmy już zmęczenie. Szczerze, przewidywaliśmy, że uda nam się pokonać założoną trasę trochę szybciej. Ważne, że byliśmy co raz bliżej... Jest około południa, czyli w trasie jesteśmy od niespełna 4 godzin.

Wejście do darłowskiego portu
Jesteśmy jakieś 300 metrów od kanału portowego w Darłówku, który dla nas stanowił wyznaczony punkt mety. Ostatnie kilkaset kroków mogliśmy zrobić już w spokoju. Byliśmy świadomi swojego sukcesu i niezwykle dumni z siebie. Bez żadnego przygotowania, z improwizowanym ekwipunkiem przeszliśmy ponad 18 km. Zdobyliśmy mnóstwo doświadczenia, trochę się rozruszaliśmy, zdobyliśmy nawet trofea w postaci jakichś drobnych otarć na stopach no i ... wielkich siniakach na martusiowych kolanach.

Ostatnie metry
Oto nasz upragniony widok. Latarnia morska w Darłówku. Sukces !!!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz