poniedziałek, 23 września 2013

Tatry na Chełmskiej ...

W opozycji do poprzednich wędrówek, tym razem wybraliśmy zupełnie inną trasę. Szum fal zamieniliśmy na szmer zielonego listowia, zaś morską bryzę zastąpił nam eteryczny zapach świerkowej żywicy. 

Nie musieliśmy szukać daleko, aby przeżyć fascynującą leśną przygodę. Jako mieszkańcy koszalińskiego grodu, zwróciliśmy uwagę na piesze szlaki turystyczne biegnące wokół masywu Góry Chełmskiej. Nie mając zbyt wiele czasu, wybraliśmy najkrótszy - żółty szlak "Pętla tatrzańska".

Schemat szlaku

Jeszcze przed rozpoczęciem marszu, zmuszeni byliśmy do rozgrzania organizmów około półtorakilometrową wędrówką. Wzdłuż szlaku niebieskiego udaliśmy się w kierunku ulicy Gdańskiej, gdzie ma swój początek szlak żółty. Zrobiliśmy to z powodów logistycznych - samochód pozostawiliśmy na parkingu przed Sanktuarium, gdzie kończy bieg wybrany przez nas szlak. Dzięki temu - po zakończeniu marszu mogliśmy wsiąść do samochodu i wrócić prosto do domu.

Początek szlaków - niebieskiego i żółtego

Jest 25 sierpnia 2013 roku, godzina 14.05. Ruszyliśmy żwawo na szlak. Po kilkudziesięciu metrach wędrówki przez część lasu serwującą nam parkowy, trochę mroczny klimat (stare, pokaźne buki istotnie utrudniały przenikanie słonecznych promieni do poziomu runa leśnego), skręciliśmy w lewo. Rozpoczęliśmy pierwsze łagodne podejście. Później drugie, trzecie i kolejne... Ja targałem ze sobą plecak - głównie z zapasami wody. Trzeba wykorzystać każdą okazję do oswajania się z bagażem - podczas przyszłorocznego marszu na pewno się to przyda.

Wspinaczkowa sinusoida

Pierwszy odcinek szlaku pokonaliśmy z wielką przyjemnością. Było ciepło, ale nie upalnie. Wzniesienia były niewielkie, wspinały się i opadały łagodnie, dzięki czemu nie byliśmy zmuszani do wielkiego wysiłku. W zasadzie poruszaliśmy się w jednostajnym, rytmicznym tempie. Wcześniej czytaliśmy nieco o "Pętli tatrzańskiej". Szlak ten został zakwalifikowany jako "trudny". Do tego momentu, klasyfikacja ta wydawała nam się co najmniej przesadzona.

Dużym zaskoczeniem dla nas był widok rzeszy spacerowiczów. Nie przypuszczałem, że tak daleko od centrum miasta i relatywnie głęboko w lesie, można spotkać tylu piechurów. Nie byli to bynajmniej wyczynowcy... Raczej całe, wielopokoleniowe rodziny, zażywające niedzielnego wypoczynku na łonie natury.

Pierwszy odcinek szlaku

Pomimo, iż szlak był coraz bardziej wymagający, nadal drwiliśmy z tego, że został zaliczony przez kogoś do tych "trudnych". Zwalone na trasie drzewo ...


Przeszkoda terenowa ...

stanowiło doskonałe urozmaicenie - jak dotąd - mocno przewidywalnej wędrówki.


pokonana :D

Podejście pod sporą - w porównaniu z poprzednimi - górkę, nagrodzone zostało wspaniałym widokiem. W tym miejscu przez las przebiega linia energetyczna, która - na tle daleko sięgających stoków góry - przywodzi na myśl kolej linową. Zaczyna się robić naprawdę górsko ;)


Pod górską kolejką linową ;)

Nie posiadłem wystarczających umiejętności, aby - przy pomocy aparatu - oddać wysokość fotografowanych wzniesień. Musicie mi jednak wierzyć na słowo - zaczynała się konkretna wędrówka ...


Coraz wyżej

Po przejściu niespełna 2 km szlaku, mieliśmy za sobą pierwszy długi prosty odcinek. 


Pierwszy odcinek za nami

Kolejne metry trasy przebiegały przez teren raczej niewymagający, bez dużych podejść. Pomimo dużych różnic wysokości, pagórki miały na tyle łagodnie przebiegające stoki, że ich pokonanie nie stanowiło większych trudności. Las pachniał wspaniale, słońce mieniło się w gałęziach gęsto pokrytych listowiem. Z mapki wyczytaliśmy, że będziemy mijać jakiś pomnik. Rzeczywiście, monument był... i bardzo zaskoczył nas treścią wyrytą na swoim kamiennym cielsku.


Głaz upamiętniający zmarłego tragicznie pracownika Służby Leśnej

Minęliśmy kolejną dłuższą prostą, biegnącą łagodnie w dół wzdłuż leśnych młodników. Wiedzieliśmy, że w drodze powrotnej (wszak szlak jest zbliżony do pętli), trzeba będzie wspiąć się pod górę - skoro teraz z niej schodzimy.


Wzdłuż leśnych młodników

W końcu dotarliśmy do ulicy Słupskiej. Musieliśmy przekroczyć jezdnię, aby móc kontynuować marsz. 


Ulica Słupska

Po drugiej stronie czekał nasz szlak, który łączył się w tym miejscu ze szlakiem niebieskim.


Oznaczenia szlaków

Byliśmy mniej więcej w połowie drogi, gdy las sprezentował nam wspaniałe miejsce na odpoczynek. Po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej. 


Odpoczynek

Na szlaku czekał nas teraz właściwie teren nizinny. Mnóstwo zrębów, młodników... Była nawet wieża obserwacyjna.


Jeden z najmniej wymagających odcinków trasy

Zabawa rozpoczęła się tak naprawdę dopiero po rozpoczęciu ostatniego etapu podróży. Mieliśmy za sobą ponad 7 km zróżnicowanej, jednak niewymagającej, trasy.


Ostatni etap przed nami

To, co czekało na nas teraz, pozwoliło nam zrozumieć, dlaczego ktoś nazwał tę trasę "tatrzańską" i dlaczego została zakwalifikowana jako "trudna". Z odcinka tego nie posiadamy praktycznie żadnych zdjęć. Nie mieliśmy czasu ani siły, by do nich pozować. Różnice poziomów wynosiły po kilkadziesiąt metrów. Bardzo strome podejścia i takie same zejścia, jedno po drugim. Śmiało mogę powiedzieć, że ten etap wymęczył nas (a przynajmniej mnie) bardziej niż dwa poprzednie wzięte razem ...


Ostatni etap

Jako, że szliśmy wzdłuż "pętli", ponownie przekroczyliśmy ulicę Słupską, po czym ścieżka szlaku skierowała nas w stronę Sanktuarium, gdzie szlaki: czerwony, niebieski, żółty i czarny łączą się ze sobą.


Połączenie

Upragniona meta! Na terenie Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej ukończyliśmy nasz marsz.


Sukces!

Jako, że do tej pory jakoś nie było okazji, postanowiliśmy dzień zakończyć wspinaczką na szczyt wieży widokowej. Tutaj zaskoczyła nas ilość schodów i stopni drabiny, które trzeba było pokonać, aby osiągnąć cel.


Wspinaczka

Nasz wysiłek został nagrodzony wspaniałym widokiem. Bardzo wysoki mur biegnący wokół szczytu wieży, niskim osobom uniemożliwia podziwianie widnokręgu. My, na szczęście, nie mieliśmy tego problemu ;)


Widok z wieży

Tego dnia przeszliśmy łącznie ponad 13 km. Nie można wprost przyrównać tego dystansu do odległości, które pokonywaliśmy dotychczas idąc plażą. Zupełnie inna specyfika wędrowania. Końcowy etap nauczył nas pokory. Teraz już będziemy pamiętać, że twórcy szlaków raczej znają się na rzeczy i wiedzą jaką kategorią je określić ;) Do pokonania pozostało nam jeszcze kilka szlaków pieszych (konkretnie trzy), których bieg rozpoczyna się w pobliżu Koszalina. Mamy nadzieję, że dojdzie do tego jak najszybciej. Czekamy na wolną chwilę i pogodę, o którą teraz będzie pewnie trudno. Chociaż... Być może doczekamy się polskiej, złotej, jesieni


niedziela, 15 września 2013

Tym razem latem ...

Cały czas mamy wrażenie, że podróżujemy zbyt rzadko. Niestety, ograniczeni jesteśmy życiem rodzinnym i zawodowym, ale... to kolejna wymówka. Zawsze jest jakaś przeszkoda, aby się zorganizować. Dlatego, tym razem, decyzję o wyjściu podjęliśmy nagle, w sobotnie popołudnie. Przygotowaliśmy się na tyle, na ile byliśmy w stanie - szybkie zakupy, wybór ciuchów i szybki sen. Musieliśmy wyjść z domu około godziny 05.00 w niedzielę, aby zdążyć na dworzec w Koszalinie. Stamtąd, busem, pojechaliśmy do Mielna. 

Jest 18 sierpnia 2013 roku. Nasza trasa, jak zwykle, miała prowadzić nas "w stronę słońca". Zaczęliśmy w Mielnie, zaś punkt końcowy miał być oddalony tak daleko, jak tylko udałoby nam się dojść.

Mielno
W Mielnie byliśmy przed godziną 06.00. Było pogodnie, chociaż chłodno, ale - w końcu - to prawie schyłek lata. Wysiedliśmy z busa przy głównej ulicy, w centralnej części miejscowości. Objuczeni plecakami, ruszyliśmy w kierunku promenady. Nasze plecaki miały masy zbliżone do zakładanych podczas marszu - celowo, abyśmy mogli sprawdzić swoje siły. 

Przejście przez Mielno o tej porze, dla Marty, było egzotycznym przeżyciem. Hordy pijanych, czy w inny sposób odurzonych, nastolatków, tony śmieci, setki stłuczonych butelek i wszechobecny ferment. Ja miałem okazję podziwiać ten widok wielokrotnie, wiedziałem czego się spodziewać, toteż miałem nadzieję jak najszybciej opuścić tę lokalizację i stanąć na piasku. Tam - daleko od opisywanego obrazka - czuliśmy się bezpieczniej. Cóż, Mielno raczej nigdy nie będzie zasługiwać na miano kurortu, a przynajmniej nie w okresie Wakacji. Niemniej, miejscowość ta, pewnie znajduje setki amatorów, wszak to kwestia gustu - niestety, nie naszego...

Marsz rozpoczęliśmy o godzinie 06.10. Wcześniej zmodyfikowałem trochę swoje odzienie - spodnie długie zastąpiłem krótkimi, adidasy zamieniłem na sandały. Spodziewałem się, że z każdą minutą będzie coraz cieplej. Marta zostawiła sobie odzieżowe przegrupowanie na później. Po upływie połowy godziny, doszliśmy do Unieścia.

Unieście nie jest oddzielone wyraźnie od Mielna, optycznie stanowi jego kontynuację. Jedynie pękate cielska kutrów wylegujące się na plaży świadczyły, że weszliśmy na teren kolejnej miejscowości.

Unieście

Ja również mam fotkę na tle błękitnej łodzi. Skoro mowa o kolorach, warto zwrócić uwagę na mahoniowy odcień moich nóg ;)

Mahoń ;)

Po opuszczeniu Unieścia czekała nas wędrówka przez obszar mało zaludniony. Mimo słonecznej - choć nie upalnej - pogody, człowieka widywaliśmy rzadko. Przeważnie mijał nas ktoś z pieskiem, jakiś biegacz, czy "narciarz" z samymi kijkami. Rozkoszując się błogim spokojem, niezmąconym turystycznym tłumem ...

Nadmorskie pustkowie

Dotarliśmy do przekopu łączącego Bałtyk z Jeziorem Jamno. Na szczęście - pomimo prowadzonych prac budowlanych - bez problemu przeszliśmy na drugą stronę szerokim pasem piachu. W tym miejscu postanowiliśmy zrobić krótką przerwę - na pamiątkową fotkę i poprawienie ekwipunku. Ruszamy dalej.

Przekop - odpoczynek

Plaża w tym miejscu usypana jest gęsto drobnymi kamieniami. Pozwoliło mi to w praktyce zweryfikować przydatność poruszania się w sandałach. Boso nie da rady przejść w ogóle, chyba, że jest się miłośnikiem orientalnego masażu stóp. W sandałach było niefajnie - co kilka kroków, pomiędzy stopę, a wewnętrzną część obuwia, dostawał się kamyk, albo dwa lub piętnaście ;) Wymuszało to postój, zdejmowanie i ponowne zakładanie butów, co znacznie opóźniało marsz, wybijając mnie z rytmu i znacząco obniżając morale. Nie wiem dlaczego nie założyłem adidasów, niemniej - w sandałach na pokonanie polskiego wybrzeża, nie porwę się na pewno ...

Skoro minęliśmy przekop, niedaleko powinny być Łazy. Kojarzyłem, że przy jednym z zejść na plażę jest wieża widokowa. Było widać z daleka jakiś obiekt górujący nad otoczeniem. Później okazało się, że nie jest tym, czego oczekiwaliśmy. Podobnie, jak podczas zimowej wycieczki, radar spłatał nam figla, wywołując na naszych twarzach szczere uśmiechy szczęścia ;) 

Radar

W założeniach naszej wędrówki, o godzinie 09.00 mieliśmy zorganizować przerwę - taką z prawdziwego zdarzenia - trwającą przynajmniej 20 minut. Bardzo chcieliśmy, aby odbyło się to w Łazach, jednak tempo marszu zweryfikowało nasze plany. Zabrakło nam jakieś 500 metrów, ale plan to plan...

Przerwa

Na zdjęciu powyżej jestem sam... Marta biegała po wodzie i cieszyła się jak dziecko, później położyła się na piasku, później znowu cieszyła się jak dziecko. W nogach mieliśmy już kilka ładnych kilometrów, na plecach kilka ładnych kilogramów, więc taki postój - poza tym, że jest niezbędny - sprawia wiele radości. Przypomniał mi się w tym miejscu jedyny sandałowy pozytyw - w każdej chwili można wejść do wody...

Nóg moczenie

Po chwilach przepełnionych relaksem, ruszamy dalej. Łazy niedaleko, więc nie zatrzymujemy się ani na chwilę. Szkoda, bo nie mamy stamtąd żadnej fotki. Warto było chociaż sfotografować nowe, rozbudowane zejście na plażę. Zupełnie nowe schody i serpentyna pochylni umożliwiająca bezproblemowy transport wózków - nie tylko tych dziecięcych. Nie wiem, kiedy "to to" zostało zbudowane, ale robi wrażenie. Normalnie "ameryka". Tak powinno być wszędzie!

Zmęczenie coraz bardziej dawało się nam we znaki. Coraz większy żar zaczął lać się z nieba, toteż częściej musieliśmy odpoczywać i uzupełniać płyny. Pierwszy z takich postojów zorganizowaliśmy gdzieś pomiędzy Łazami, a Dąbkowicami.

Postój

Pojawiły się pierwsze otarcia na martusiowych stopach. Mimo to, postanowiła iść dalej. Około godziny 11.00 minęliśmy Dąbkowice, gdzie wyraźnie wyczuwalna była wypoczynkowa atmosfera. Tłoku nie było, jednak kocyki i leżaczki przykrywały już znaczną część plaży.

Po przejściu ucywilizowanego odcinka plaży, dotarliśmy do przekopu - tego samego, który mieliśmy okazję mijać podczas zimowej wyprawy. 

Przekop

Około godziny 13.30 doszliśmy do przystani rybackiej w Dąbkach. Byliśmy już mocno zmęczeni - przede wszystkim upałem. Na naszej trasie pojawiła się kolejna przeszkoda - wszechobecny, trudny do ominięcia tłum. 

Przystań rybacka w Dąbkach

Od tego punktu nie przeszliśmy już zbyt wiele - może jakieś 1000 metrów. W miejscu tym piasek był tak grząski, że czuliśmy, iż stoimy w miejscu. "Przychylność" odpoczywających nad wodą wczasowiczów, w niektórych przypadkach, była nawet gorsza, niż zmęczenie i sypkie podłoże. Aż dziw bierze, jak można rozłożyć kocyk nad samą wodą i obsadzić naokoło ferajnę, nie pozwalając innym na przejście...

Lasem do motoryzacji

W końcu podjęliśmy decyzję o zakończeniu marszu. Ostatnim zejściem z plaży weszliśmy do lasu, skąd doszliśmy do przystanku autobusowego. Busem pojechaliśmy do Darłowa, gdzie czekała na nas córeczka i chwile zasłużonego odpoczynku.

Marsz zaczęliśmy w Mielnie o godzinie 06.10, zakończyliśmy w Dąbkach o godzinie 13.50. Przeszliśmy łącznie niespełna 24 km przy średniej prędkości marszu - 3,2 km/h. Wzbogaceni o nowe doświadczenia, jesteśmy gotowi na kolejne wyzwania.


czwartek, 12 września 2013

Pierwszy raz ...

W dniu 16 marca 2013 roku, a więc niedługo po naszym pierwszym w życiu, wspólnym nadmorskim wypadzie, postanowiliśmy sprawdzić, czy damy radę poradzić sobie z poważniejszym dystansem.

Wystartowaliśmy w Łazach, nieco po godzinie 08.00. Dzień był mroźny, ale bardzo pogodny. W drodze okazało się, że odzialiśmy się trochę zbyt ciepło, ale "lepiej nosić niż się prosić". Miałem ze sobą plecak, więc nadmiar ciuchów można było wrzucić do jego wnętrza, ewentualnie przytroczyć.

Łazy - początek
Podróż przebiegała początkowo bez najmniejszych problemów. Piasek był zmrożony, a co za tym idzie, stopy nie grzęzły w sypkim piasku. Wymarzone warunki. Tylko my i szum morskich fal... W zasadzie już na samym początku trasy, plaża ustrojona była lodowymi łachami, które nieco utrudniały marsz, a na pewno zmuszały do wzmożonej ostrożności. Pośliznąłem się ze dwa razy, było trochę śmiechu...

Trochę śmiechu ...
W pewnym momencie przestało być śmiesznie. Marta przegrała walkę z grawitacją i postanowiła uklęknąć. Zrobiła to na tyle gwałtownie, że początkowo - pewnie będąc jeszcze w szoku - postanowiła nie wstawać. Pierwszy kilometr, a ona klęczy i nie chce iść dalej ;) W końcu jednak podniosła się i wróciliśmy w trasę. Później okazało się, że kontuzja ta będzie towarzyszyła jej dłużej - pozostały siniaki i ból przez kolejne (jeśli dobrze pamiętam) dwa tygodnie.

Idziemy
Zimową porą ciężko jest spotkać kogokolwiek na plaży, szczególnie poza obszarem nadmorskich miejscowości. Nie dotyczy to ludzi morza, którzy pracować muszą o każdej porze roku. 

Ludzie morza
Po kilku kilometrach samotnej wędrówki, widok kutra (a raczej łodzi) rybackiego, spowodował, że na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy.

Uśmiechy :)
Łódka rybacka kołysząca się spokojnie na delikatnie pomarszczonej  tafli wody, jednoznacznie wskazywała, że zbliżamy się do terenów cywilizowanych. Na pewno było nam bliżej do terenów zurbanizowanych.

Fragment "przekopu"
Dotarliśmy w końcu do "przekopu" - kanału łączącego zwykle wody Bałtyku z Jeziorem Bukowo. 
Fragment "przekopu"
Często można natknąć się na taki widok. Gdy mieszkałem jeszcze w Darłowie i zapuszczałem się plażą trochę dalej, na przykład w kierunku Jeziora Kopań, "przekop" zwykle był zasypany. Nie wiem, czy jest to wynikiem niewłaściwie prowadzonej konserwacji, czy - po prostu - fale morskie tak szybko nanoszą kolejne warstwy piasku, że nie sposób tego uniknąć. Ważne, że tego dnia przeszliśmy na drugą stronę o suchej stopie. Jeżeli tylko woda nie będzie zbyt głęboka, latem, przejście na drugi brzeg jej tonią będzie jednak czystą przyjemnością.

Przekop
Do tej pory maszerowaliśmy bez przerwy. Korzystając z okazji, postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę i posilić się nieco. W trasie byliśmy od niespełna dwóch godzin...

Posiłek
W końcu dotarliśmy do bardziej urozmaiconego terenu. Nasz dotychczasowy trud nagrodził widok nadmorskiej przystani rybackiej. Całkiem malowniczy...

Malowniczy widok
Przeczytaliśmy ostrzeżenie, nawet sfotografowaliśmy, wokół chodziło kilka osób i nikt nas nie wygonił. Nie wiem... Może przejście, to nie to samo, co przebywanie? ;)

Ostrzeżenie
Pozostało nam tylko cyknąć kilka fotek na pocztówkę z wakacji... ferii... i ruszyliśmy na szlak.

Pocztówka
Najbardziej zdradliwym, na całej trasie, punktem orientacyjnym był ten, oto, radar. Z doświadczenia wiedziałem, że jest on niedaleko Darłówka, wydawało się, że jest tuż tuż. Niemniej, czym dłużej szliśmy w jego kierunku, tym dalej do niego mieliśmy. Taki optyczny paradoks. Jak Księżyc, do którego próbujemy dojść nocą...

Radar
W międzyczasie doszliśmy do kolejnej przeszkody terenowej. "Leniwka" - kolejny ciek wodny przecinający plażę. Miałem nadzieję, że uda nam się przejść bez żadnego problemu, jednak - o dziwo - rzeczka nie była zasypana. Trzeba było podjąć decyzję - ryzykować kąpiel w lodowatej wodzie przy ujemnej temperaturze otoczenia, czy wejść do lasu i poszukać kładki, która gdzieś tam - podobno - jest. Kierując się zdrowym rozsądkiem zarządziłem, że obejdziemy rzeczkę, jednak Marta się nie zgodziła. Postanowiła, że - jako hardcore'owcy - przeskoczymy strumień. Miałem mieszane uczucia. Nie wiedziałem czy szczycić się zdrowym rozsądkiem (którego i tak nie zdołałem przeforsować), czy wstydzić się, że nie skoczyłem jako pierwszy. Przyjmijmy, że ubezpieczałem "tyły". Udało nam się przedostać na drugi brzeg bez strat i obrażeń ;)

Leniwka
Znowu radar... wcale bliżej niż poprzednio...

Radar
Skorzystałem tutaj z możliwości obiektywu aparatu, jednak gołym okiem też był widać już wejście do portu w Darłówku. Wstąpiły w nas nowe siły. Czuliśmy już zmęczenie. Szczerze, przewidywaliśmy, że uda nam się pokonać założoną trasę trochę szybciej. Ważne, że byliśmy co raz bliżej... Jest około południa, czyli w trasie jesteśmy od niespełna 4 godzin.

Wejście do darłowskiego portu
Jesteśmy jakieś 300 metrów od kanału portowego w Darłówku, który dla nas stanowił wyznaczony punkt mety. Ostatnie kilkaset kroków mogliśmy zrobić już w spokoju. Byliśmy świadomi swojego sukcesu i niezwykle dumni z siebie. Bez żadnego przygotowania, z improwizowanym ekwipunkiem przeszliśmy ponad 18 km. Zdobyliśmy mnóstwo doświadczenia, trochę się rozruszaliśmy, zdobyliśmy nawet trofea w postaci jakichś drobnych otarć na stopach no i ... wielkich siniakach na martusiowych kolanach.

Ostatnie metry
Oto nasz upragniony widok. Latarnia morska w Darłówku. Sukces !!!